ZAWSZE WRACA
OZZY OSBOURNE - PATIENT NUMBER 9
RECENZJA
 

Przygotował: Michał Koch

ozzy-osbourne-patient-number-9.webp

Partner artykułu: 

VSReklama.jpg

Przyznaję, że myślałem, że z Ozzym koniec. Zarówno jeśli chodzi o jego formę fizyczną, jak i tę muzyczną. Zapowiedzianą trasę koncertową artysta przekładał przez problemy ze zdrowiem (w tym zarażenie koronawirusem), a jego poprzedni album – „Ordinary Man” – był zbiorem utworów co najwyżej poprawnych. Za produkcję tamtego longpleja odpowiadał Andrew Watt, który współpracował z Justinem Bieberem i Miley Cyrus, ale też z Eddiem Vedderem (Pearl Jam). „Ordinary Man” był jednak chaotycznym zbiorem piosenek, a za „Patient Number 9” stoi większy zamysł.

Przez pięć dekad panowania, Książę Ciemności współpracował z niezliczoną liczbą muzyków, począwszy od Tony’ego Iommiego, a na Zakku Wylde skończywszy. Nic dziwnego, że Ozzy namówił ich do współpracy. Panteon bogów muzyki uzupełnili Jeff Beck, Eric Clapton, Mike McCready, Josh Homme, Robert Trujillo, Chad Smith, Duff McKagan i Taylor Hawkins. Trzeba przyznać, że to naprawdę zacny skład. I to słychać również w przygotowanych kompozycjach, gdyż „Patient Number 9” to najmocniejsza płyta Osbourne’a od wydania „No More Tears”. Jest tu dużo hard rocka, są solówki gitarowe, a sam wokalista, chociaż delikatnie skryty pod magią autotune, to jednak wydaje się doskonale bawić podczas śpiewania.

Ciekawie jest również pod względem lirycznym. Osbourne zdaje sobie sprawę, że jego fani uwielbiają wyłapywać wszelkie nawiązania, więc tych też jest tu sporo. A przypomnienie „Bark at the Moon” pewnie wielu przyprawi o uśmiech. Jednocześnie Ozzy rozprawia o własnej śmiertelności, kilkukrotnie wręcz mruga okiem do słuchacza, jakby był świadomy, że złego diabli nie biorą. Natomiast nie ulega wątpliwości, że Ozzy to teraz już bardziej poczciwy staruszek niż heavy metalowy szaleniec. Jego legenda jest jednak w dalszym ciągu aktualna.

Jeff Beck na płycie zapodał kilka ikonicznych zagrywek („Patient Number 9”), a Eric „Slowhand” Clapton zagrał niczym za najlepszych lat („One of Those Days”). Ciekawie tnie do przodu McCready („Immortal”), ale to Iommi i Wylde przygotowali dla nas prawdziwe perły. „Parasite”, „Degradation Rules” (Ozzy na harmonijce!) oraz „Nothing Feels Right” stanowią trzon albumu, a „Mr. Darkness” to wręcz kompozycja obłędnie dobra. Skojarzenia z utworami z lat 90. wskazane. Jeśli miałbym mieć jakikolwiek zarzut, to trzy ostatnie utwory („Dead and Gone”, „God Only Knows” i „DARKSIDE BLUES”) – które zresztą trochę wychodzą z konwencji całości – zostawiłbym na wersję rozszerzoną wydawnictwa. Cieszy też fakt, że możemy posłuchać gry na perkusji tragicznie zmarłego w marcu tego roku Taylora Hawkinsa. Ozzy zresztą przyznał, że utworów zarejestrowanych z bębniarzem Foo Fighters ma w zanadrzu więcej.

„Patient Number 9” może być dowodem na nieśmiertelność Ozzy’ego Osbourne’a. Może też uzasadniać tezę, że nawet najbardziej ikoniczny muzyk nie pomoże, jeśli jakość kompozycji jest kiepska. Na szczęście tym razem otrzymaliśmy produkt dopracowany, godny ikony, jaką jest Książę Ciemności. Jeśli ma być to ostatnia płyta wokalisty Black Sabbath, to będzie to idealne pożegnanie. Intuicja mówi mi jednak, że Ozzy wróci. Zawsze wraca.

Tracklista:

LP1


Side A
1. Patient Number 9 (feat. Jeff Beck)

2. Immortal (feat. Mike McCready)
3. Parasite (feat. Zakk Wylde)


Side B
1. No Escape From Now (feat. Tony Iommi)
2. One of Those Days (feat. Eric Clapton)
3. A Thousand Shades (feat. Jeff Beck)


LP2


Side C
1. Mr Darkness (feat. Zakk Wylde)
2. Nothing Feels Right (feat. Zakk Wylde)
3. Evil Shuffle (feat. Zakk Wylde)


Side D
1. Degradation Rules (feat. Tony Iommi)
2. Dead and Gone
3. God Only Knows
4. Darkside Blues

20220917_114956 2.jpg